Magia fizyki kwantowej
Informacje:
Zasieg: 145078
Czas trwania: 21m 53s
Ocena: 1075
- Wiedza bywa ciekawa, niżej więcej.
- Mam wrażenie ,że wszystkie teorie mechaniki kwantowej oparte na prawdopodobieństwie głoszone jako prawa obiektywnej rzeczywistości są zbudowane w oparciu o niedoskonałości naszych urządzeń pomiarowych. Także powinny być przesunięte do kategorii teorii pomiaru, inaczej wychodzą nonsensy typu wszechświatów równoległych. Oczywiście problem w tym, że poza modelami matematycznymi do których wrzuca się wyniki z urządzeń pomiarowych nie ma żadnej innej możliwości percepcji mikrorzeczywistości, więc sam akt pomiaru (i wynikające zeń zniekształcenia) i badana rzeczywistość są tak "zlepione" jak, analogicznie, w czasach przednewtonowskich nasza wiedza o rzeczywistości była zbudowana wyłącznie na informacji odbieranej i interpretowanej przez nasz aparat zmysłów. Może w przyszłości również fizyka kwantowa dojrzeje i odseparuje działanie detektora od zjawiska mierzonego.
- 8:48 Z tego wynika,
albo ,że jakaś paranormalna świadoma siła wie kiedy naukowcy prowadzą obserwacje i modyfikuje zachowanie fotonu;
albo ,że samo urządzenie pomiarowe, które przecież samo działa w oparcia o pewne procesy fizyczne w jakiś sposób wpływa na zachowanie fotonu.

Dla współczesnej nauki pierwsza opcja, jak rozumiem, wydaje się być bardziej racjonalna? :)
- Awesome! :o
- Zmień lektora proszę  ;(
- +Ada Pieńkowska (!) - Odnośnie cudów "wysmażyłem" kiedyś coś takiego...
   Każdy chyba ze mną się zgodzi, iż rozum ludzki jest w pewnym sensie ograniczony do świata doświadczeń. Podejmę teraz bardzo kontrowersyjną kwestię. Czy w świecie praw nauki i praw natury możliwe są cuda?
Czy w XXI wieku da się jeszcze wierzyć w narodzenie z dziewicy, zamianę wody w wino i zmartwychwstanie?
Pokażę tu, iż takie idee są całkowicie spójne z nowoczesną nauką i że najsłynniejszy argument przeciwko cudom, przedstawiony przez filozofa Davida Hume'a, daje się obalić na gruncie filozofii samego Hume'a.
Tak więc...
    Sprawa cudów jest dla chrześcijan szczególnie istotna, gdyż chrześcijaństwo jest jedyną religią światową, która zależy od cudów.
Inne religie, jak judaizm, mogą informować o cudach, czy dopuszczać ich istnienie, ale chrześcijaństwo opiera się na nich. Mam na myśli szczególnie cud znajdujący się w centrum religii chrześcijańskiej. Jak bowiem pisze św. Paweł w 1 Liście do Koryntian, bez zmartwychwstania Chrystusa "daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także nasza wiara" (1 Kor 15,14).
   Zmartwychwstanie nie jest jednak jedynym cudem, o którym pisze Nowy Testament. O ile założyciel islamu, prorok Mahomet, nigdy nie twierdził, że dokonał jakiegokolwiek cudu, o tyle Chrystus czynił cuda ciągle. Chodził po wodzie, uciszał burze, karmił tłumy, uzdrowił niewidomego, a nawet przywrócił do życia Łazarza. Tylko jeżeli cuda są możliwe, chrześcijaństwo jest wiarygodne.
     Richard Dawkins trafnie zauważył, że cuda są wspólną płaszczyzną, co do której religia i nauka zdaje się zgłaszać konkurencyjne żądania. Biolog Stephen Jay Gould w swojej książce "Skały wieków" twierdzi, że nauka i religia mogą bez większych problemów współistnieć, jeżeli działają w oddzielnych sferach: "Nauka próbuje dokumentować fizyczny charakter naturalnego świata. (...) Religia działa w równie ważnym, lecz zasadniczo odmiennym obszarze ludzkich dążeń, znaczeń i wartości" ("Skały wieków. Nauka i religia w pełni życia.", Zysk i S-ka, Poznań 2002, s.10).
   Dawkins słusznie zauważa, że to rozróżnienie nie zawsze działa. Przyczyna leży w tym, że religia również zgłasza pretensje do natury. Stary Testament mówi o tym, jak Mojżesz rozdzielił wody Morza Czerwonego, a Jonasz żył w brzuchu wieloryba. Nowy Testament mówi o dziewicy imieniem Maryja, która poczęła dziecko i o niejakim Jezusie, który dokonał niezliczonych czynów, które wymykały się ludzkim wyjaśnieniom.
   "Nauka opiera się na weryfikowalnym dowodzie", mówi Dawkins. Chrześcijańskie historie o cudach są wg. Dawkinsa "bezczelnym naruszeniem terytorium nauki. Każdy z tych cudów jest równoznaczny z naukowym twierdzeniem, naruszeniem normalnego biegu rzeczy w świecie natury". Zatem "każda wiara w cuda jest kategorycznie sprzeczna nie tylko z faktami naukowymi, ale i z duchem nauki".
Zdaniem Dawkinsa cuda są właściwie najbliższe "złej nauce". Jako że prawa naukowo dowiedzione nie moga byc naruszane, cuda nie mogą się zdarzyć. Rozsądni ludzie muszą zatem "wyrzec się cudów" - tak przynajmniej twierdzi ateista Dawkins.
    Wielu liberalnych chrześcijan jest tak onieśmielonych autorytetem nauki, że robią, co mogą, by porzucić cuda. Opierają się w tym na tradycji studiów biblijnych sięgających 1835 roku i pracy Davida Straussa "Das Leben Jesu" (Życie Jezusa). Strauss uznawał cuda za mity. W jaki sposób Jezus nakarmił tysiące ludzi kilkoma bochenkami chleba i rybami?  Być może miał jakiś tajny magazyn żywności, a może ludzie mieli  jednak ze sobą suchy prowiant. W jaki sposób Jezus chodził po wodzie?  Może tuż pod powierzchnią wody pływała jakaś platforma. W jaki sposób Jezus wskrzesił Łazarza z martwych?  Łazarz mógł być w jakimś transie.  W jaki sposób Jezus wyszedł z grobu?  Prawdopodobnie nie wyszedł, ale ważne jest, że jego zwolennicy wierzyli, że powrócił i ta wiara napełniła ich radością i nadzieją.
Przytoczone tu interpretacje naprawdę były proponowane przez teologów. Pozbyli się cudów, pozbywając się chrześcijaństwa, przygotowując tym samym grunt pod ateistyczne ideologie z których wyrosły takie zabójcze totalitaryzmy, jak nazizm i komunizm.
      Mam zamiar przedstawić swój wywód, że cuda są możliwe, obalając najsilniejszy argument przeciwko nim. Nie próbuję dowodzić prawdziwości konkretnych cudów, staram się po prostu pokazać, że cuda nie powinny być z góry odrzucane jako nie naukowe czy niewiarygodne. Jak wszyscy chrześcijanie przyznaję, że cuda są mało prawdopodobne, dlatego mówimy o cudzie, ale nawet mało prawdopodobne  wydarzenia czasem mają miejsce; pokazuje to sama fizyka, a konkretnie - mechanika kwantowa. Tak samo jest z cudami.
Najmocniejszy argument przeciwko cudom został przedstawiony przez filozofa i sceptyka Davida Hume'a w jego "Badaniach dotyczących rozumu ludzkiego". Jego argumentacja jest często cytowana przez ateistów; Dawkins i smutnej pamięci Christopher Hitchens przywołują ją, by całkowicie odrzucić cuda (Ch. Hitchens, "Bóg nie jest wielki...", dz. cyt., s.145, s. 141; R. Dawkins, "Bóg urojony", dz. cyt. s. 91). Hume twierdził, że:
- cud jest naruszeniem znanych praw natury;
- prawa te są znane dzięki powtarzającemu się i stałemu doświadczeniu;
- świadectwo tych, którzy opowiadają o cudzie, sprzeciwia się działaniu ustalonych praw nauki.
       Zatem nikt racjonalnie myślący nie może wierzyć w cuda.
       Argumentacja Hume'a przeciwko cudom była niezwykle wpływowa, ale można na nią skutecznie odpowiedzieć. Żeby to zrobić, trzeba odwołać się do prac samego Hume'a. Jego pisma pokazują, dlaczego wiedza ludzka jest tak ograniczona i niepewna, że nie można nigdy odrzucić całkowicie możliwości cudu. Formułując swe zastrzeżenia do cudów, biedny Hume chyba zapomniał przeczytać własną książkę.
Obalam dowód Hume'a następująco:
- cud jest naruszeniem znanych praw natury;
- prawa nauki w ocenie samego Hume'a są empirycznie nieweryfikowalne;
- zatem naruszenie znanych praw natury są w miarę możliwe.
        Aby uzmysłowić sobie wpływ myśli Hume'a, trzeba odwołać się do jego współczesnych zwolenników, którzy zazwyczaj nazywają siebie logicznymi pozytywistami. Ateiści i "światli" nie używają tego terminu, ale analiza ich założeń dowodzi, że opierają się na logicznym pozytywizmie. Uznaje on, że nauka działa w weryfikowalnej przestrzeni faktów i praw, natomiast moralność działa w subiektywnej i nieweryfikowalnej domenie wyborów i wartości. Pozytywista logiczny jest przekonany, że wiedza naukowa jest najlepszym rodzajem wiedzy i wszystko, co sprzeciwia się twierdzeniom nauki musi być odrzucone jako irracjonalne. Tacy ludzie żyją wśród nas, tu i teraz. Wielu z nich jest bardzo dobrze wykształconych, lecz należy pamiętać, iż głupszy od nieuka jest już tylko głupiec uczony. Ci wykształceni głupole potrafią mówić z takim poczuciem pewności, że nawet ludzie, którzy nie zgadzają się z nimi, mają twardy orzech do zgryzienia, by im odpowiedzieć.
         Dla pozytywisty logicznego istnieją dwa rodzaje twierdzeń: analityczne i syntetyczne. Twierdzenie analityczne to takie, którego prawdziwość lub fałszywość można ustalić, badając samo twierdzenie. Jeżeli powiem, że "mój sąsiad jest kawalerem, który ma piękną żonę", od razu wiadomo, że nie mówię prawdy, bo termin "kawaler" oznacza "nieżonaty mężczyzna", więc kawaler nie może mieć żony. Dla Hume'a matematyka dostarcza klasycznych przykładów prawd analitycznych. Aksjomaty matematyczne są prawdziwe z definicji; są one, można by rzec, prawdziwe w sposób przyrodzony.
       Twierdzenie syntetyczne może zostać zweryfikowane tylko poprzez sprawdzenie faktów. Jeżeli powiem "mój sąsiad waży 130 kilogramów i lubi czytać książki Richarda Dawkinsa", to z samego zdania nie da się wywnioskować, czy jest prawdziwe. Trzeba by odwiedzić mojego sąsiada i zapytać go. Hume uważał, że twierdzenia analityczne są prawdziwe a priori, to znaczy z definicji. Twierdzenia syntetyczne są prawdziwe a posteriori, to znaczy poprzez zbadanie dowodów. Dla Hume'a nauki fizyczne dostarczyły standardowego modelu prawdy syntetycznej. Poprzez użycie metody naukowej, takiej jak na przykład hipoteza, eksperyment, weryfikacja, krytyka - możemy odkryć syntetyczne prawdy o świecie.
       Na tej podstawie Hume definitywnie odrzucił metafizykę, która nie była dla niego żadnym rodzajem prawdy. Weźmy centralne twierdzenia religii, że "człowiek nie umiera cały, lecz jego tożsamość trwa dalej po śmierci ciała, gdzie zostaje rozliczona za uczynki dokonane w ciele złe i dobre"  lub  "Bóg stworzył wszechświat". Hume argumentuje, że te twierdzenia nie są prawdziwe ani z definicji, ani nie mogą być zweryfikowane poprzez sprawdzenie faktów. Twierdzenia te zatem, dowodził, nie są nawet nieprawdziwe, są pozbawione znaczenia. Hume pisał: "Biorąc do ręki jakiś tom traktujący na przykład o teologii albo szkolnej metafizyce, zapytujemy: Czy  zawiera on jakieś rozumowanie abstrakcyjne dotyczące wielkości lub liczby? Nie. Czy zawiera jakieś oparte na doświadczeniu rozumowanie dotyczące faktów i istnienia? Nie. A więc w ogień z nim, albowiem nie może zawierać nic prócz sofisterii i złudzeń!" (D. Hume, "Badania dotyczące rozumu ludzkiego", PWN, Warszawa 1977, s.200).
        Powyższe stwierdzenie jest znane jako humowska zasada empirycznej weryfikowalności. Dopuszcza ona tylko dwa rodzaje prawd: prawdziwe z definicji i prawdziwe na mocy empirycznego potwierdzenia.  Od razu widać tu jednak problem.  Jeżeli zastosować humowskie kryteria do jego własnej doktryny, to czy zasada empirycznej weryfikowalności jest prawdziwa z definicji? Nie. Czy jest zatem sposób, by ją empirycznie potwierdzić? Znowu nie. Idąc więc za radą Hume'a, powinniśmy oddać jego zasadę na pastwę płomieni, bo jest nie tylko fałszywa, ale i nie spójna.
        Jest jeszcze jeden problem z rozumowaniem Hume'a, mniej oczywisty, ale równie poważny. Potrzeba było geniuszu Immanuela Kanta, by pokazać błąd, który całkowicie umknął uwadze Hume'a.  Wbrew tezom Hume'a prawdy matematyczne nie mają analitycznego charakteru. Weźmy słynne twierdzenie matematyczne z geometrii euklidesowej (są też inne geometrie, gdzie proste są krzywe), które mówi, że najmniejsza odległość między dwoma punktami jest linią prostą. Wydaje się, że jest to oczywista prawda, ale nie można jej potwierdzić przez zwykłe badanie zdania. W definicjach użytych terminów nie ma nic, co czyniłoby zdanie prawdziwym. Jak więc dowiemy się, czy jest prawdziwe?  Musimy sprawdzić. Dopiero, gdy zaznaczymy na kartce papieru dwa punkty, a potem narysujemy linię między nimi, będziemy mogli zaobserwować, że najmniejsza odległość miedzy nimi to linia prosta. Kant pokazał, że wiele innych twierdzeń matematycznych jest tego rodzaju.
       Przywołuję kantowską poprawkę do tez Hume'a nie po to, by wyciągać wniosek, że te matematyczne aksjomaty są błędne. Sugeruję jedynie, że ich prawdziwość można ustalić tylko syntetycznie. Możemy iść do przodu tylko odwołując się do danych. Prawa matematyczne są więc, ogólnie rzecz ujmując, takie jak prawa naukowe. Możemy je weryfikować, tylko badając świat dookoła nas. Gdy jednak badamy świat dookoła nas, z niepokojem odkrywamy to, co jako pierwszy zauważył Hume.
Prawa naukowe są więc nieweryfikowalne. Nie mogą być empirycznie potwierdzone. Nauka oparta jest na prawie przyczyn i skutków i nawet ono nie może być potwierdzone przez doświadczenie.
Argumentacja Hume'a to bomba.
Jej konsekwencje są daleko idące, że bardzo niewielu ludzi zrozumiało je, i do dziś duch Hume'a krąży po korytarzach współczesnej nauki. To dość zabawne, gdy wykształceni ludzie, w tym wspólnota samozwańczych "światłych", głoszą nadal te same poglądy na temat nauki, które zostały zdemaskowane przez Hume'a dwieście lat temu.
        Dlaczego prawa naukowe są nieweryfikowalne?
Odpowiedź Hume'a brzmi: ograniczona liczba obserwacji, nawet największa, nie może być użyta do wywiedzenia ogólnego wniosku, który dawałby się logicznie uzasadnić. Jeżeli twierdzę, że wszystkie łabędzie są białe i uznaję to za naukową hipotezę, jak zabiorę się za jej weryfikację? Sprawdzając kolor łabędzi, milionów łabędzi, a może dziesiątek milionów łabędzi. W oparciu o to mogę śmiało powiedzieć, że wszystkie łabędzie są białe. Hume mówi jednak, że tak naprawdę tego nie wiem, bo jutro mogę zobaczyć czarnego łabędzia i tyle zostanie z mojego naukowego prawa.
       Nie jest to błahy przykład. Przez tysiące lat przed odkryciem Australii ludzie na Zachodzie widzieli tylko białe łabędzie. W końcu cały zachodni świat uznawał za oczywiste, że wszystkie łabędzie są białe, a zachodnia literatura była pełna określeń w rodzaju "biały jak łabędź". Dopiero gdy Europejczycy dotarli do Australii, zobaczyli czarnego łabędzia. To, co uznawane było za naukową świętą prawdę, musiało iść w odstawkę.
Można oczekiwać, że w tym miejscu dzisiejsi orędownicy nauki zaczną sobie gratulować, mówiąc: "Ano właśnie, to jest wspaniałe w nauce. Jest ciągle otwarta na korekty i zmiany. Uczy się na własnych błędach". Rzeczywiście, Carl Sagan chwali naukowców takich jak on za "tradycję wzajemnego sprawdzania ustaleń kolegów".  Pogląd Sagana pobrzmiewa w tym, co pisze Daniel Dennett: "Metody naukowe nie są odporne na głupotę, ale są nieskończenie poprawialne. (...) Istnieje tradycja krytyki, która wymusza ulepszenia tam, gdzie odkryto wady".
       Powiedzieć tylko tyle to minąć się z sednem twierdzeń Hume'a, który mówi przede wszystkim o tym, że nauka przyjmuje coś za regułę bez odpowiedniego uzasadnienia. Wszystkie prawa naukowe są empirycznie nieweryfikowalne. Skąd wiemy, że światło w próżni porusza się z prędkością prawie 300 tysięcy kilometrów na sekundę? Zmierzyliśmy to. Jednak to, że osiągnęliśmy taki wynik przy jednym pomiarze, dziesięciu pomiarach,, miliardach pomiarów nie znaczy, że światło zawsze i wszędzie porusza się z taką prędkością. Zakładamy to po prostu, ale nie wiemy, czy tak naprawdę jest. Jutro możemy odkryć sytuację, w której światło porusza się z inną prędkością i wtedy przypomną się czarne łabędzie.
       Czy praw naukowych nie można by jednak wywieść z logicznego związku miedzy przyczyną i skutkiem? Hume twierdzi, że nie, bo nie ma logicznego związku między przyczyna i skutkiem. Możemy zaobserwować zdarzenie A, a później zdarzenie B i założyć, że zdarzenie A spowodowało zdarzenie B, ale nie możemy tego wiedzieć na pewno. Wszystko co zaobserwowaliśmy to korelacja, a nie ma takiej ilości zaobserwowanych korelacji, która sumowałaby się w związek konieczny.
       Rozważmy prostą ilustracje tego faktu. Dziecko pierwszy raz w życiu upuszcza piłkę na ziemię. Ku jego zaskoczeniu piłka odbija się. Następnie wujek dziecka, absolwent politechniki, wyjaśnia, że upuszczenie okrągłego przedmiotu w rodzaju piłki powoduje jego odbijanie się. Być może w swoim wyjaśnieniu używa nawet ogólnych pojęć w rodzaju "własności przedmiotu" czy "przyczynowości". Jeżeli nie są to terminy pozbawione  znaczenia, to muszą odnosić się do czegoś, co można doświadczyć. Hume stawia głębokie pytanie warte zastanowienia: jakie doświadczenie ma wujek, którego nie miałoby dziecko?  Rożnica, zauważa Hume, polega na tym, że wujek widział wiele odbijających się piłek. Zawsze, kiedy upuścił piłkę, odbijała się, i zawsze, kiedy widział, że ktoś inny upuszcza piłkę, rezultat był taki sam. To jest podstawa, i to jedyna podstawa większej wiedzy wujka.
      Z tego Hume wyciąga frapujący wniosek: wujek nie ma żadnego doświadczenia zasadniczo różnego od doświadczenia dziecka. Zaledwie powtórzył eksperyment więcej razy niż dziecko. To zatem obyczaj czy przyzwyczajenie karzą myśleć: "Skoro wcześniej widziałem odbijającą się piłkę tak wiele razy, to musi to nastąpić znowu". Jednak wujek nie ustalił żadnego koniecznego związku, po prostu ma pewne oczekiwania wywiedzione z wcześniejszych doświadczeń. Ale skąd wie, że przeszłe doświadczenia powtórzą się za każdym razem  w przyszłości? Tak naprawdę tego nie wie. W ten sposób Hume doszedł do konkluzji, że prawa oparte na związku przyczynowo-skutkowym nie mogą być zweryfikowane. Hume nie neguje faktu, że natura ma swoje prawa, ale zaprzecza temu, że możemy je poznać. Gdy przyjmujemy, że coś jest prawem, jest to jedynie sposób na powiedzenie: "Oto najlepszy domysł, jaki możemy przedstawić w oparciu o poprzednie próby".
      Nawiasem mówiąc, twierdzeń Hume'a wcale nie obala przyznanie, że "Co prawda prawa naukowe nie są prawdziwe w stu procentach, ale są prawdziwe na 99,9%. Może i nie są pewne, ale najprawdopodobniej są prawdziwe".
Jak zweryfikować takie stwierdzenie?
Jak ustalić prawdopodobieństwo, powiedzmy, prawa odwrotnych kwadratów Newtona?  Mówi ono, że każde ciało we wszechświecie przyciąga każde inne ciało z siłą wprost proporcjonalną do ich masy i odwrotnie proporcjonalną do kwadratu odległości między nimi. Prawa tego nie da się sprawdzić inaczej, niż mierząc relację miedzy wszystkimi ciałami we wszechświecie. Jako że jest to możliwe, żadna skończona liczba prób weryfikacji nie może dać konkretnej odpowiedzi, jak prawdopodobnie twierdzenie Newtona. Dziesięć milionów prób nie da 99-procentowego ani nawet 50-procentowego prawdopodobieństwa, bo może być dwadzieścia milionów przypadków nieprzetestowanych, w których uzna się, że prawo Newtona nie działa; Dziś wiadomo, że nie ma takich praw nauki i przyrody, które obowiązują zawsze i wszędzie bez wyjątku. Na przykład prawo grawitacji nie działa w kwantowym świecie cząstek elementarnych. Istnieją ponadto rzeczywiste bariery stawiane przez przyrodę, których nie podobna przekroczyć. W mikroświecie mechaniki kwantowej zasada nieoznaczoności W. Heisenberga wytycza absolutnie granice. Natomiast w makroświecie granice wyznacza najszybszy, lecz skończony nośnik informacji  - światło. Możemy poznawać tylko ten obszar czasoprzestrzeni kosmicznej, z którego światło przekazuje informacje. Tymczasem z modelu kosmologicznego Hermana Minkowskiego wynika dowodnie, że istnieją takie obszary kosmosu, z którego światło jeszcze nie dotarło lub dotrze za miliony lat. Tak więc bariera poznania istnieje w samym podmiocie poznającym - człowieku. Z tego właśnie powodu współcześni badacze, świadomi tego stanu rzeczy, często stawiają pytania wykraczające poza domenę nauk ścisłych, co nie powinno już nikogo dziwić.
     W tym miejscu warto zrobić przerwę na rozważenie pewnego wybuchu irytacji astronoma Neila deGrasse Tysona w książce "Wielki Początek...".
Tyson uważa, że to po prostu niedorzeczne mówić, że prawa naukowe nie są wiarygodne: "Największy sukces nauki polega na tym, że działa. Gdyby nauka nie opisywała trafnie, samoloty by nie latały, a ludzie leczeni przez lekarzy nie zdrowieliby. Samoloty latają, a chorzy są skutecznie leczeni w szpitalach i na tej podstawie trzeba uznać naukę za prawdziwą. Lepiej jest latać samolotem zbudowanym zgodnie z prawami fizyki, niż wsiąść na pokład samolotu zbudowanego według zasad astrologii wedyjskiej", pogardliwie dodaje Tyson.
     Zgadzam się, że nauka działa i nie będę się spierał o ograniczenia wedyjskiej astrologii, ale nie wynika z tego, iż prawa naukowe, które odkryliśmy i poznaliśmy, są prawdziwe w każdym przypadku.
Weźmy taki niepokojący przykład: prawa Newtona przez prawie dwa wieki uznawane były za absolutnie prawdziwe. Działały niewiarygodnie dobrze. Właściwie żaden zestaw ogólnych twierdzeń nie został poddany tak wielu empirycznym weryfikacjom. Każda maszyna była ich wcieleniem i cała rewolucja przemysłowa była oparta na newtonowskiej fizyce i mechanice. Słuszność tez Newtona potwierdzano miliony razy dziennie, a jego teorie doprowadzały do niespotykanych wcześniej materialnych sukcesów. Lecz stała grawitacji jest zbędna w świecie cząstek elementarnych, gdyż prawo grawitacji tam nie działa. Prawa mechaniki kwantowej oraz teoria względności Einsteina są sprzeczne z twierdzeniami Newtona, które wbrew niezliczonej liczbie empirycznych weryfikacji uznane zostały za istotny sposób za błędne lub przynajmniej niewystarczające.
Nie oznacza to na przykład, że prawa Einsteina są absolutnie prawdziwe. W przyszłości i ich błędność w jakichś aspektach może zostać przez kogoś dowiedziona.
     Z takich przykładów filozof Karl Popper ("Logika odkrycia naukowego", PWN, Warszawa 1977), wyciągnął wniosek, że żadne prawo nauki nie może rościć sobie pretensji do dowodzenia czegokolwiek. Nauka nie może weryfikować teorii, może je zaledwie falsyfikować. Gdy poddaliśmy teorię licznym testom i nie została obalona, możemy prowizorycznie wierzyć w jej prawdziwość. Jednak nie dlatego, że została dowiedziona, ani nawet, że prawdopodobnie jest prawdziwa. Raczej działamy w ten sposób, bo mówiąc praktycznie, nie mamy lepszego sposobu działania. Wierzymy teorii na słowo, dopóki nie stwierdzimy, że nas zawiodła.
Nie ma w tym nic złego, dopóki zdajemy sobie sprawę z faktu, że prawa naukowe to nie "PRAWA NATURY". Są one prawami ludzi, forma odgadywania wiedzy o świecie. To co nazywamy prawem, nie jest niczym więcej, jak tylko zaobserwowanym wzorem i ciągiem wydarzeń. Myślimy, że świat tak działa, dopóki doświadczenie nie dowiedzie, że jest inaczej.
     Przedstawiam tutaj argumenty sceptyków nie dlatego, że wyznaję bez zastrzeżeń filozofię Hume'a cz Poppera. Moim celem jest raczej odrzucenie twierdzenia Hume'a przeciw cudom z użyciem jego własnej empirycznej i sceptycznej filozofii.
Hume utrzymuje, że cuda naruszają znane nam prawa natury, ja natomiast sugeruję, że sceptyczna filozofia samego Hume'a pokazała, że nie ma znanych nam praw natury.
Cuda mogą zostać odrzucone tylko wtedy, gdy prawa naukowe są z pewnością prawdziwe i nie dopuszczają żadnych wyjątków.
Hume dowiódł, iż nie możemy tego wiedzieć w stosunku do żadnego empirycznego twierdzenia. Cuda można uznać za sprzeczne z nauką tylko wtedy, gdyż nasza wiedza o przyczynowości jest tak pewna, że śmiało możemy wykluczyć boską przyczynę. Hume nauczył nas, jak ograniczona jest nasza wiedza o przyczynowości i dlatego nie możemy uznać za niemożliwą boskiej interwencji w wyjątkowych przypadkach.
   Gdy mówimy o cudzie, możemy mieć na myśli albo niezwykle rzadkie wydarzenie, które jednak jest możliwe z naukowego punktu widzenia, albo wydarzenie, które w jakiś sposób sprzeciwia się UZNANYM prawom natury.
Rozważmy kwestię, czy osoba zmarła może wrócić do życia.
Możemy to uznać za nieprawdopodobne w najwyższym stopniu, bo nikt, kogo znamy, czegoś takiego nie widział. Wszystkie próby ożywienia zmarłych podejmowane przez lekarzy do tej pory kończyły się niepowodzeniem. Nie wynika z tego jednak, że przywracane do życia osób zmarłch jest naruszeniem jakichś praw natury.
Czy ktoś może z całą pewnością powiedzieć, że w przyszłości postęp medycyny nie osiągnie punktu, w którym bedzie można przywracać do życia ludzi znajdujących się w stanie śmierci klinicznej?
Oczywiście, że nie. Zatem twierdzenie naukowe głoszące, że martwi nie mogą wrócic do życia, jest prawdą praktyczną, użyteczną dla celów codziennego działania, ale nie jest prawdą konieczną.
    Jeżeli jednak możemy w przyszłości zobaczyć umarłych przywróconych do życia, jest też możliwe, że w przeszłości raz, a może i więcej razy, zmarli wracali do życia.  Nie twierdzę, że tak było. Mówię tylko, że skoro może się to kiedyś wydarzyć, to również wcześniej mogło to już kiedyś mieć miejsce.  Logiczna możliwość nie może być ograniczona do zdarzeń w przyszłości. Jeżeli wydarzyło się to w przeszłości, był to cud. Jeżeli będzie to miało miejsce w przyszłości, nazwiemy to postępem naukowym. W każdym przypadku jest to możliwe nie dlatego, że prawa natury zostały odrzucone, ale dlatego, że nie mamy pełnej wiedzy na ich temat.
     Cuda można także rozumieć jako zawieszenie prawa natury, ale i wtedy w nauce czy logice nie znajdziemy nic, co mówiłoby, że takie fakty nie mogą mieć miejsca.  Kto powiedział, że prawa natury są niezmienne?  Nie ma żadnego dowodu na tak daleko idące stwierdzenie.  Oczywiście, że jeżeli Bóg istnieje - a ja nie mam co do tego żadnej wątpliwości - to cuda są możliwe.  Dla Boga będącego poza światem fizycznym, najwyraźniej nie ma ograniczeń. Nawet nowoczesna fizyka przyznaje, że poza światem fizycznym prawa natury nie mają zastosowania.  Nie ma nic "cudownego" w niebie lub w piekle z tego prostego powodu, że żadne prawa natury nie działają poza naszym światem.
   Jednak nawet w ramach natury Bóg nie może być ograniczony.  Jak autor powieści, Bóg całkowicie dysponuje fabułą. Jak mógłby być zwiazany regułami i wątkami, które sam wymyślił?   Gdy Bóg nagle przerywa "logikę" opowieści, skutkiem będzie na pewno wstrząs i zamęt.  I o to właśnie chodzi w cudach - by zakłócić normalny bieg wydarzeń i zwrócić uwagę na coś, co dzieje się poza samą opowieścią.
Największym cudem jest stworzenie naszego wszechświata z nicości. Wszystkie kolejne cuda, które dzieją się w tym świecie, są konsekwencją tego pierwszego. Poza tym, jeżeli Bóg stworzył wszechświat, to stworzył również takie prawa natury, że może je od czasu do czasu "zmienić", jeżeli ma na to ochotę. Czego dobrym przykładem jest to, co dzieje się w świecie atomów i cząstek elementarnych.
- świat jaki jest , jest najlepszy z możliwych (Volter, pierwsza zasada antropiczna) ale czy możemy na NIEGO WPŁYWAĆ?  (druga zasada antropiczna). Bo jeżeli nie .....nie wiem co mogę dalej napisać NIE WIEM , NIC NIE WIEM A PAŃSTWO, czy wiecie co.....?
- dylematy są wieczne, tak jak wieczne staje się pytanie, czy ŚWIAT ISTNIEJE BEZ NAS" osób świadomych JEGO ISTNIENIA.  A zatem jako ateista MUSZĘ UWIERZYĆ W BOGA?
- wszytko co istnieje jest wynikiem pojawienia się "świadomego obserwatora"?
- MATERIALIZUJEMY RZECZYWISTOŚĆ POPRZEZ OBSERWACJĘ? czy efekt facylitacji społecznej jest wynikiem teorii kwantowej?
- Sorry za literówkę- miało być ODCZUWAJ :-) 
- Kiedyś spotkałem się z twierdzeniem Carla Sagana, że "Kosmos to wszystko co istnieje, istniało lub będzie istnieć". Fizyk Steven Weinberg przekonuje, że "na ile jesteśmy zdolni do odkrywania praw w przyrodzie, są one bezosobowe, bez żadnych śladów boskiego planu czy wyjątkowego statusu człowieka" (S. Weinberg, Facing up...,dz. cyt.,s.X).
    Mam zamiar wykazać, że takie twierdzenia są niezgodne z faktami. Ale tak naprawdę chciałbym odpowiedzieć na wyzwanie biologa E.O Wilsona, który stwierdził, że "gdyby udało się znaleźć jakiekolwiek pozytywne dowody świadczące o działaniu sił nadnaturalnych, (...) byłoby to największe odkrycie wszech-czasów" (Cyt. za: Steve Paulson, Religious Belief Itself Is an Adaptation, Salon.com,21 marca 2006).
    W ostatnich dekadach, dzięki jednemu z najbardziej spektakularnych osiągnięć fizyki i astronomii, taki dowód został znaleziony.
    Ku zadziwiającemu potwierdzeniu tego, co napisane jest w Księdze Rodzaju, współcześni uczeni odkryli, że wszechświat powstał z pierwotnej eksplozji energii i światła.
Nie tylko miał początek w czasie i przestrzeni, ale początek  wszechświata był również początkiem dla czasu i przestrzeni.
Czas i przestrzeń nie istniały przed powstaniem wszechświata.
Jeśli zatem przyjmie się, że wszystko, co ma początek, ma również przyczynę, to świat materialny ma niematerialną, nadnaturalną przyczynę.
Ta nadnaturalna przyczyna dała istnienie wszechświata bez użycia praw fizyki.
Powstanie świata było cudem i to w całkiem dosłownym znaczeniu tego słowa.
O jego stwórcy wiadomo, że jest istotą duchową i wieczną, twórczą i potężną ponad wszelkie pojmowanie.
To myśl a nie materia, była na początku.
Z pomocą nauki i logicznego rozumowania wszystko to można racjonalnie wyjaśnić.
    Wszystko zaczęło się jakieś sto lat temu, gdy uczeni zaczęli zastanawiać się nad tym, jak wykazać, że wszechświat ma początek.
Nie chodziło im tylko o początek naszej planety czy galaktyki, ale o genezę powstania wszelkiej materii.
Przyczynkiem do takich poszukiwań było drugie prawo termodynamiki, jedno z najbardziej uniwersalnych praw fizyki, które właśnie wskazuje na istnienie takiego początku.
    Prawo to mówi po prostu, że rzeczy pozostawione same sobie, rozpadają się.
Widzimy to wszędzie wokół siebie: drogi i budynki niszczeją i rozpadają się, ludzie starzeją się i umierają, metale rdzewieją, tkaniny się ścierają, a skały i brzegi morskie doznają erozji.
Jeśli ktoś nie uczył się fizyki, mógłby pomyśleć, że w takim razie drugiemu prawu termodynamiki zaprzecza fakt, iż ludzie budują nowe drogi i budynki, ale tak nie jest.
Materiały i siła są używane w procesie budowania, a dodatkowych środków i energii wymaga utrzymanie tych dróg i budowli, zatem nawet tu dochodzi z czasem do rozpadu czy niszczenia.
Uczeni używają pojęcia entropii jako miary nieuporządkowania, a drugie prawo termodynamiki mówi nam, że całkowita entropia we wszechświecie ciągle rośnie.
     To prawo pociąga za sobą zaskakujące implikacje.
Weźmy przykład Słońce. Z biegiem czasu wyczerpują się zasoby jego paliwa, zatem w końcu straci ono swoje ciepło i stanie się zimne.
Oznacza to więc, że w pewnym momencie płomienie Słońca musiały zostać rozpalone. Słońce i inne gwiazdy nie płoną od zawsze. One także stopniowo się wypalają, z czego wynikałoby, że kiedyś zostały zapalone.
Jak to ujął wielki angielski astronom Arthur Eddington, jeśli porównamy wszechświat do zegara, to fakt, iż sprężyna zegara nieustannie rozwija się, odmierzając chwile, sugeruje, że był czas, gdy była całkiem nakręcona.
Wszechświat powstał z pełnym zasobem energii, który to zasób odtąd nieustannie jest zużywany.
Wiadomo to od XVIII wieku, ale uczeni nie wiedzieli, co z tym faktem zrobić.
    Na początku XX wieku Albert Einstein opublikował swoje równania ogólnej teorii względności, a holenderski astronom Willem de Sitter znalazł ich rozwiązanie, które przewiduje rozszerzanie się wszechświata.
To także bardzo istotne wnioskowanie, bo jeśli kosmos się rozszerza, a galaktyki oddalają się od siebie, oznacza to, że kiedyś w przeszłości były bliżej siebie.
Jeśli wszechświat, odkąd istnieje, porusza się w różne strony jak po wybuchu, to oznacza, że kiedyś rzeczywiście musiało to się zacząć.
     Einstein nie zdawał sobie sprawy, że jego równania pośrednio dowodzą rozszerzania się wszechświata, był zakłopotany, gdy dowiedział się, jakie implikacje niesie jego sławna teoria.
Gdy rosyjski matematyk Alexander Friedmann próbował go to tego przekonać, Einstein starał się wykazać mu, że popełnia błąd. Jednak to Einstein był w błędzie.
Wielki fizyk sam przyznawał, że "irytowała" go idea rozszerzania się wszechświata. Posunął się nawet do wymyślenia nowej siły "antygrawitacji" oraz liczby zwanej stałą kosmologiczną, próbując w ten sposób dowieść, że nie było żadnego początku.
Później jednak Einstein przyznał się do błędu i nazwał stałą kosmologiczną największym błędem swojego życia.
Obecnie uczeni w oparciu o nowe dane zweryfikowali einsteinowską koncepcję stałej kosmologicznej. Nie stoi to jednak w sprzeczności z tym, co tu piszę: że Einstein wprowadził tę stałą bardziej po to, by unieważnić możliwe implikacje teorii względności na rzecz kreacjonizmu niż w celach czysto naukowych.
    W późnych latach dwudziestych XX wieku astronom Edwin Hubble, patrząc przez stucalowy teleskop w Obserwatorium Mount Wilson w Kalifornii, zauważył czerwienienie odległych mgławic wskazujące na to, że galaktyki szybko oddalają się od siebie. Liczba gwiazd uczestniczących w tym rozpadzie galaktyki sugeruje zadziwiającą rozległość wszechświata przekraczającą czyjekolwiek szacunki w tym względzie.
Niektóre galaktyki są odległe o miliony lat świetlnych. Wrażenie, które podzielało wielu ludzi, stałości czy niezmienności materii okazało się złudzeniem.
Hubble stwierdził, że planety i całe galaktyki oddalają się od siebie z fantastyczna prędkością. Co więcej, cała przestrzeń zdaje się rosnąć.
Wszechświat nie zajmuje stopniowo już istniejącej przestrzeni, bo przecież zawiera w sobie całą przestrzeń, która istnieje.
Trudno w to uwierzyć, ale przestrzeń powiększa się wraz ze wszechświatem.
Odkrycie Hubble'a, potwierdzone następnie przez kolejne, wywołały wielkie poruszenie w świecie naukowym.
     Uczeni nagle zdali sobie sprawę, że galaktyki nie pędzą coraz dalej z powodu jakiejś tajemniczej siły, która popycha je coraz dalej od siebie. Oddalają się od siebie, bo zostały kiedyś rozrzucone, w momencie pierwotnej eksplozji, która ukonstytuowała materię.
    Gdy próbujemy dociec przeszłości galaktyk, wydaje się, że miały one wspólny początek mniej więcej 14 miliardów lat temu.
Naukowcy wyobrażają sobie moment, w którym cały wszechświat był ściśnięty w jednym punkcie o nieskończonej gęstości.
Cały świat był mniejszy od jednego atomu.
     Następnie w wyniku jednej kosmicznej eksplozji - Wielkiego Wybuchu - powstał świat, który teraz zamieszkujemy. "Wszechświat był wypełniony światłem" pisze noblista Steven Weinberg, i dalej w swoich "Pierwsze trzy minuty" (Wydawnictwo Iskry, Warszawa 1980): "Na początku był wybuch. Nie był on podobny do tych często występujących na Ziemi eksplozji, która z określonego centrum rozprzestrzenia się na zewnątrz, pochłaniając coraz bardziej swoje otoczenie, lecz wypełnił sobą całą przestrzeń (...) Całość nieskończonego Wszechświata, albo też całość skończonego Wszechświata, który zakrzywia się w sobie jak powierzchnia kuli".
    W gruncie rzeczy "to właśnie światło stanowiło wtedy dominujący jego składnik". Temperatura wynosiła około sto trylionów stopni Celsjusza. Następnie w procesie, który Weinberg żywo opisuje w swoich "Trzech pierwszych minutach", pierwsze protony i neutrony uformowały atomy.
Gdy powstała materia, siły grawitacji zaczęły ją ściągać, tworząc galaktyki, a potem gwiazdy. W końcu powstały cięższe elementy, jak tlen, węgiel czy żelazo, które wyprodukowały gwiazdy, by po miliardach lat umożliwić powstanie naszego układu słonecznego i naszej planety.
    Może to brzmi jak szaleństwo, ale nasza ziemska egzystencja, a właściwie materia, z której są zbudowane nasze ciała, zawdzięcza soje istnienie "wydarzeniu stworzenia" sprzed około 14 miliardów lat.
    Tak więc hipoteza o rozszerzającym się kosmosie jest spójna nie tylko z drugim prawem termodynamiki, ale także z teorią względności Einsteina. Hubble odkrył, że im dalej galaktyka jest od nas, tym szybciej się oddala.
Teraz nazywa się to prawem Hubble'a i jest potwierdzeniem przewidywania wyprowadzonego z teorii Einsteina.
Koncepcja rozszerzającego się wszechświata daje także rozwiązanie zagadki dręczącej naukowców od dziesięcioleci: dlaczego galaktyki pozostają od siebie odległe?  Dlaczego siła grawitacji nie przyciąga ich ku sobie?
    Dzieje się tak, ponieważ w pierwotnym wybuchu zostały one wyrzucone z ogromną siłą, która ciągle popycha je coraz dalej od siebie. Astronom John Barrow nazywa odkrycie Hubble'a "największym odkryciem dwudziestowiecznej nauki" (John D. Barrow, "Początek Wszechświata", CIS-Oficyna Wydawnicza MOST, Warszawa 1995, s.20).
   Mimo wszystko wielu uczonych wydaje się zakłopotanych koncepcją Wielkiego Wybuchu.
Robert Jastrow przywołuje liczne tego przykłady w swojej książce God and Astronomers (Bóg i astronomowie).
Astronom Arthur Eddington nazwał tę teorię "niedorzeczną, niewiarygodną, odrażającą".
Fizyk Philip Morrison z politechniki MIT wyznaje: "Uznanie teorii Wielkiego Wybuchu jest dla mnie trudne. Wolałbym ją odrzucić".
Allan Sandage z Laboratorium Carnegie stwierdził, że "to wniosek na tyle dziwny", że "to nie może być prawda".
Tak jak kiedyś Einstein, tak teraz wybitni uczeni zaczęli budować teorie, które wyeliminowałyby potrzebę jakiegoś początku. Pracują z wysiłkiem, by znaleźć naukowe wyjaśnienie, dlaczego świat miałby istnieć od zawsze.
   Jastrow twierdzi, że zakłopotanie kilku czołowych uczonych koncepcją Wielkiego Wybuchu wynika z tego, że gdyby okazała się prawdziwa, implikowałaby istnienie  jakiegoś "momentu stworzenia", kiedy to wszystko - wszechświat i rządzące nim prawa - zaczęło istnieć.
Ważne jest, by zrozumieć, że przed Wielkim Wybuchem nie było żadnych praw fizyki. W zasadzie nie da się ich stosować do wyjaśnienia faktu Wielkiego Wybuchu, bo to w jego wyniku prawa fizyki zaczęły obowiązywać.
    Prawa odkrywane przez naukę to niejako gramatyka, która wyjaśnia porządek i wzajemne relacje obiektów we wszechświecie. Podobnie jak gramatyka, która nie istnieje poza zasobem słów i zdań, których, których funkcjonowanie opisuje, tak prawa fizyczne nie istnieją poza wszechświatem składającym się z przedmiotów, których relacje opisują.
    Naukowcy nazywają ten początkowy moment istnienia wszechświata "osobliwością". To wyjściowy punkt, w którym nie działa ani czas, ani przestrzeń, ani prawa fizyki.
Nauka nie może nam nic powiedzieć o tym, co było przedtem, tym bardziej, że pojęcie "przedtem" nie ma tu sensu, bo sam czas nie istniał "przed" osobliwością.
Były takie czasy, gdy jeszcze nie było czasu.
Jastrow sugeruje, że podobne koncepcje, graniczące z metafizyką, powodują u naukowców złe samopoczucie.
Jeśli wszechświat powstał poza prawami fizyki, to jego pochodzenie spełnia podstawową definicję cudu, a samo to pojęcie wywołuje w uczonych strach, przeważnie u ateistów.
    Można sobie wyobrazić ulgę, jakiej doznali ci badacze, gdy astronomowie Herman Bondi, Thomas Gold i Fred Hoyle przedstawili teorię znaną jako teoria stanu stacjonarnego wszechświata. Głosiła ona, że wszechświat był od początku nieskończony.
Zasadniczo Bondi, Gold, i Hoyle stawiali hipotezę, że wraz ze zużywaniem się energii w czasie nowa energia i nowa materia są w jakiś sposób tworzone w przestrzeni między galaktycznej.
Stąd mimo entropii i drugiego prawa termodynamiki wszystko pozostaje w równowadze i trzyma pion, więc możliwe, że wszechświat istniał od zawsze podobnie jak czas i przestrzeń, które są odwieczne.
    Teoria stanu stacjonarnego szybko zdobyła popularność i stała się ulubionym wyjaśnieniem istnienia wszechświata wśród uczonych w Europie i Ameryce.
Jeszcze w 1959 roku dwie trzecie astronomów i fizyków opowiadało się za nią (zob. Stephen Brush, How Cosmology Became a Science, "Scientific American" 1992, nr 8).
    W pewnym sensie teoria stanu stacjonarnego została zbudowana na bardzo starych podstawach. Wizja przedwiecznego wszechświata pojawiła się od czasów starożytnych Greków. Greccy myśliciele dysponowali szerokim wachlarzem idei wyjaśniającym istnienie świata, ale zasadniczo byli zgodni co do tego, że coś nie może powstać z niczego: Ex nihilo, nihil - "Z niczego nic nie powstaje". Potrzeba materii by ukształtować materię. Zatem jeśli świat nie wziął się "z powietrza", to pewnie zawsze był. Materia jest wieczna.
Odkrycia Newtona w XVIII wieku zasadniczo przemawiały za koncepcją odwiecznego wszechświata. Według Newtona przestrzeń to trójwymiarowy układ rozciągający się w nieskończoność we wszystkich kierunkach, zaś czas jest jednym wymiarem ciągnącym się nieskończenie w kierunku przyszłości i przeszłości.
Teoria stanu stacjonarnego chciała więc potwierdzić koncepcję świata odwiecznego, będąc jednocześnie alternatywą dla teorii Wielkiego Wybuchu.
    Implikacje teorii stanu stacjonarnego były w dużej mierze ateistyczne, co jej wyznawcy otwarcie przyznawali. Jeśli wszechświat istniał zawsze, to nikt nie musiał go stwarzać. Po prostu zawsze był.
Sam Newton starał się takiej implikacji uniknąć. Choć wszechświat mógł działać zgodnie z prawami mechaniki, które być może są odwieczne, Newton twierdził, że istnieje zewnętrzny wobec niego stwórca tychże praw, na pewno nie mechaniczny, ale mający naturę niematerialną, żyjący, inteligentny i wszechobecny (cyt. za: Morris Kline, Mathematics in Western Culture, Oxford University Press, New York 1953, s.260).
    Na początku XX wieku większość uczonych widziała w rozumowaniu Newtona swoistą autodeklarację człowieka religijnego, którego przerasta uznanie znaczenia odkrytych przez niego praw. Konsensus naukowy skłaniał sie ku pozycji Pierre - Simona Laplace'a, który zapytany przez Napoleona, gdzie w jego teorii powstania planet jest miejsce na Boga, miał odpowiedzieć: "Nie potrzebuję tej hipotezy".
Teoria stanu stacjonarnego dla wielu naukowców ma tę zaletę, że pozwala obejść się bez hipotezy Boga.
    W latach sześćdziesiątych XX wieku  teoria stanu stacjonarnego jednak upadła ku rozpaczy ateistów po tym jak dwóch inżynierów radiowych, Arno Penzians i Robert Wilson, pracujących w laboratoriach Bella zaobserwowało dziwne promieniowanie z przestrzeni.
Nie pochodziło ono z żadnego konkretnego kierunku, ale rozchodziło się równomiernie ze wszystkich kierunków. Wyglądało na to, że pochodzi wprost z samego wszechświata. To promieniowanie możemy zaobserwować i usłyszeć na starych, analogowych odbiornikach telewizyjnych, gdy nie odbieramy żadnego kanału TV; widzimy wtedy na ekranie i słyszymy z głośnika szum radiowy dochodzący do nas z dalekiego kosmosu jako ciągnące się echo Wielkiego Wybuchu z przed 13, 7 miliardów lat.
    Penzians i Wilson szybko się dowiedzieli, że istnienie takiego promieniowania przewidywali uczeni.
Jeśli początkiem wszechświata rzeczywiście była pojedyncza eksplozja sprzed 14 miliardów lat, to promieniowanie po tym wielkim błysku światła i energii powinno jeszcze być zauważalne.
Promieniowanie to, jak się spodziewano, powinno mieć temperaturę w okolicach kilku stopni powyżej zera absolutnego (powyżej około -273 stopni Celsjusza).
    Promieniowanie Penziasa i Wilsona miało nieco niższą temperaturę. Ku swojemu zaskoczeniu zdali sobie sprawę, że zupełnie niespodziewanie usłyszeli widmowy szept docierający z samego momentu stworzenia.
    Liczne inne odkrycia, w tym także dane pochodzące z wystrzelonego przez NASA satelity COBE (Cosmic Background Explorer), potwierdziły istnienie pierwotnego promieniowania tła.
W oparciu o teorię Wielkiego Wybuchu uczeni sa wstanie ustalić, ile wodoru, litu, deuteru i helu powinno być zgromadzone we wszechświecie.
Przewidywania te znacząco pokrywają się z szacowanymi dziś rzeczywistymi zasobami tych pierwiastków.
W 1970 roku fizyk Stephen Hawking i matematyk Roger Penrose napisali słynny artykuł, w którym dowiedli w oparciu o ogólną teorię względności oraz ilość materii we wszechświecie, że wszechświat musiał mieć początek.
Jak pisze Hawking w "Krótkiej historii czasu": "osobliwość typu wielkiego wybuchu musiała mieć miejsce".
Astronom Martin Rees zauważa, że różne ciągi dowodowe połączyły się teraz tak, że zafałszowują teorię stanu stacjonarnego i przemawiają za Wielkim Wybuchem (M. Rees, "Tylko sześć liczb", CiS, Warszawa 2006, s.24).
    Pismo Święte mówi: "Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię" (Rdz 1,1).  Biblia jako jedyna wśród starożytnych pism mówi o absolutnym początku. W buddyzmie, jak dowiadujemy się od Dalajlam, dominuje pogląd "o istnieniu niezliczonych systemów światów (...) połączony z wyobrażeniem ich bezustannego przechodzenia ze stanu powstania do rozpadu" (Jego Świątobliwość Dalajlama, "Wszechświat w atomie: gdy nauka spotyka się z duchowością", Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2006, s.71).
Biblia mówi także jednoznacznie o skończoności czasu, inaczej niż hinduizm i buddyzm, które widzą kręgi czasu nieskończenie ciągnące się w nieokreśloną przeszłość. Grecy i Rzymianie, podobnie jak inne kultury antyczne, wierzyli w wieczność historii. Jak zauważa Leon Kass w swoim studium o Księdze Rodzaju, autor biblijny nie miał potrzeby wkraczania na ten obszar. Mógł zacząć historię od ogrodu Eden, a samo stworzenie mógł pominąć (L. Kass, The Beginning of Wisdom: Reading Genesis, Free Press, New York 2003, s.26).
Zamiast tego tekst biblijny bezczelnie upiera się, że wszechświat powstał w konkretnym punkcie czasu jako akt wolnej kreacji dokonany przez istniejącą już wcześniej nadnaturalną istotę.
    W tym miejscu istotne jest wyjaśnienie pewnego często spotykanego nieporozumienia. Wielu nierozumnych ludzi zdaje się myśleć, że prawowierni chrześcijanie wierzą w stworzenie wszechświata i Ziemi dosłownie w ciągu sześciu kalendarzowych dni. W tekście biblijnym zostało jednak użyte słowo, które po hebrajsku znaczy zarówno dzień, jak i porę roku czy epokę. Czytamy poza tym u św. Piotra: "Jeden dzień u Pana jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień" (2 P 3,8).
Od wczesnych dni chrześcijaństwa największe autorytety Kościoła od Ireneusza po Orygenesa i Augustyna dawały metaforyczną interpretację "dni", o których mowa w Księdze Rodzaju. Większość chrześcijan tradycyjnych wyznań nie ma problemu z opowieścią o stworzeniu, które mogło trwać miliony czy nawet miliardy lat.
   Trzeba przy tym pamiętać, że zarówno żydzi, jak i chrześcijanie, zawsze wierzyli nie tylko w to, że to Bóg stworzył świat, ale też w to, że "zrobił" go z niczego: "na początku było Słowo" (J 1,1). W ten sposób Biblia sugeruje, że wszechświat został powołany do istnienia słowem, dosłownie - wypowiedziany (Paul Davies, "Plan Stwórcy. Naukowe podstawy racjonalnej wizji świata", ZNAK, Kraków 1996, s.124).
Przez niemal dwa tysiące lat nie było w tym racjonalnego sensu. Doświadczamy czasu i przestrzeni w taki sposób, że nie możemy sobie wyobrazić ich początku ani końca.
W większości religii mity o stworzeniu mówią o bogach, którzy kształtują świat z czegoś, co już istnieje. Logika wydaje się być po stronie starożytnych Greków i sformułowanej przez nich zasady: Ex nihilo, nihil.
Dziś jednak współczesna nauka  mówi, że autor biblijny miał rację. Wszechświat rzeczywiście powstał z niczego. A jak powstał? Nie wiemy i może nigdy się nie dowiemy, bo stwórca zastosował procesy, które nie działają nigdzie we wszechświecie.
    Jeszcze bardziej zadziwia fakt, że żydzi i chrześcijanie od bardzo dawna utrzymują, że Bóg stworzył czas i przestrzeń wraz ze stworzeniem wszechświata. Święty Augustyn, ojciec Kościoła, zapytany, dlaczego Bóg tak długo siedział bezczynnie, zanim zdecydował o stworzeniu wszechświata odpowiada, że to pytanie jest bez sensu. Nie było czasu przed stworzeniem, pisze Augustyn, bo to właśnie stworzenie świata przyniosło także powołanie do istnienia samego czasu.
Nowoczesna fizyka potwierdza starożytne wyobrażenia Augustyna, żydów oraz chrześcijan.
- Chciałbym teraz skierować uwagę na to, czym najbardziej szczycą się orędownicy sekularyzmu: twierdzenie, że są apostołami samego rozumu. Biorąc rozum za swój kompas i gwiazdę przewodnią, ateista ma w sobie wysokie mniemanie, uważa się za kogoś lepszego od całej reszty ludzi, którzy podpierają się wiarą, przesądem i innymi formami irracjonalności.    Ateista pragnie dowodów w różnych tych dziedzinach wiary. Jest jednak jeden temat, co do którego ateista nie wymaga żadnych dowodów: kwestia, czy ludzki rozum jest najlepszą, a właściwie jedyną drogą do zrozumienia rzeczywistości.
   Ateiści w swoim zubożonym wnętrzu usilnie zakładają, że ich racjonalne, naukowe podejście daje im pełny dostęp do zewnętrznej rzeczywistości. To domniemanie daje ateizmowi jego charakterystycznej arogancji. Takie na przykład mądrościowe miernoty jak Daniel Dennett, Richard Dawkins oraz inni ateusze nazywają siebie "światłymi", bo myślą, że są po prostu mądrzejsi niż wspólnota ludzi wierzących.
Chcę pokazać, że ta arogancja jest nieuzasadniona.
   Ateistyczne, czy "światłe" podejście do rzeczywistości powinno być oceniane w zestawieniu z podejściem konkurencyjnym.
Przez wieki wielkie religie świata utrzymywały, że istnieją dwa poziomy rzeczywistości.
Pierwsze to ludzkie spojrzenie na rzeczywistość, perspektywa empiryczna, rzeczywistość jakiej doświadczamy.
Jest jednak transcendentne, przekraczające doświadczenie spojrzenie na rzeczywistość, które może być nazywane Bożym punktem widzenia, a które samo w sobie jest rzeczywistością.
Będąc takimi stworzeniami, jakimi jesteśmy, widzimy świat na sposób ograniczony i zniekształcony, "jakby w zwierciadle, nie jasno", jak pisze św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian (1 Kor 13,12).
Tak na prawdę nigdy, póki żyjemy nie spojrzymy na niego z Bożego punktu widzenia i nie zobaczymy go takim, jakim rzeczywiście jest. Żyjemy bowiem raczej w ulotnym i powierzchownym świecie pozorów (nowoczesna nauka a przede wszystkim mechanika kwantowa to potwierdza!), gdzie co najwyżej możemy próbować rozpoznawać rzeczy takimi, jakimi się wydają. Możemy jednak mieć nadzieję, że istnieje życie po śmierci, kiedy zobaczymy wszystko - włączając w to Boga - takim, jakim jest naprawdę.
   Która z tych perspektyw - ateistyczna czy religijna - jest właściwa?
   Przedstawiając argumentację odnoszącą się do pola, na którym chcą wieść spór ateiści pola empiryzmu i rozumu, mam zamiar pokazać, że to religijny punkt widzenia jest słuszny.
Można to zrobić na kilka sposobów, ale wybrałem drogę przetartą przez filozofa Immanuela Kanta.
   Kant wydaje się odpowiednim wyborem, gdyż jest uznawany za największego filozofa nowożytnego. Był on również czołową postacią oświecenia, człowiekiem nauki i filozofii i dobrze pokazuje, na czym polega coś, co można nazwać BŁĘDEM OŚWIECENIA.
Tym błędem, na który dało się nabrać wielu nowoczesnych ateistów oraz "światłych".
   Artur Schopenhauer w swojej książce "Świat jako wola i przedstawienie" (Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1994, t.2, s.20) pisze, że "nauka Kanta sprawia w każdym umyśle, który ją pojął, fundamentalną przemianę, tak wielką, że można ją uznać za duchowe odrodzenie. (...) W wyniku tego [umysł] rozczarowuje się zasadniczo i odtąd widzi wszystkie rzeczy w innym świetle".
Wielkość Kanta polega na tym, że bierze on nasze najbardziej podstawowe założenia i podaje je w wątpliwość. Myślimy, że jesteśmy już na parterze świadomości, a Kant pokazuje nam, że pod nami są jeszcze kolejne poziomy, które możemy badać.
   Przed Kantem większość ludzi po prostu zakładała, że nasz rozum i zmysły dają nam dostęp do zewnętrznej rzeczywistości świata na zewnątrz nas i jest tylko jedno ograniczenie, któremu poddane są istoty ludzkie. Tym ograniczeniem jest sama rzeczywistość.
Z tej perspektywy, ciągle popularnej w naszym społeczeństwie, ludzie mogą używać narzędzi rozumu i nauki, by dowiadywać się coraz więcej i więcej, aż w końcu nie będzie już nic do odkrycia.
   Błąd oświecenia polega na przekonaniu, że ludzki rozum i nauka mogą, co do zasady, uzyskać dostęp do całej rzeczywistości i zrozumieć ją.
   W swojej "Krytyce czystego rozumu" Kant pokazuje, że takie założenia są błędne. Argumentuje on, że ograniczenia tego, co istoty ludzkie mogą wiedzieć, są dużo większe. Innymi słowy, ludzki rozum formułuje pytania, na które nie może odpowiedzieć, bo taka jest jego natura.
Najważniejsze jest, by zwrócić rozum ku niemu samemu i odkryć jego ograniczenia.
   Przejawem głupiego dogmatyzmu byłoby zabierać się  za dowodzenie racji opartych na rozumie bez zbadania, o jakich twierdzeniach rozum jest wstanie rozstrzygać.
Rozum, by być rozumny, musi sprawdzić swoje własne parametry.
   Kant wychodzi od prostej przesłanki: cała wiedza ludzka oparta jest na doświadczeniu. Dostęp do rzeczywistości uzyskujemy za pośrednictwem naszych pięciu zmysłów. Dane, pochodzące ze zmysłów, są następnie przetwarzane przez nasz mózg i centralny układ nerwowy.
Pomyślmy: każda myśl, nawet najdzikszy produkt naszej wyobraźni opiera się wyłącznie na rzeczach, które widzieliśmy, słyszeliśmy, dotykaliśmy, wąchaliśmy lub smakowaliśmy.
Jeżeli wyobrazimy sobie i narysujemy istoty pozaziemskie, możemy dać im po cztery oczy i dziesięć nóg, ale ostatecznie nie mamy sposobu, by wymyślić je czy przedstawić inaczej niż w kategoriach naszego ludzkiego doświadczenia.
Jest faktem empirycznym, że nasze pięć zmysłów to jedyne okulary, przez które możemy postrzegać rzeczywistość.
   W tym miejscu Kant zadaje zadziwiające pytanie: skąd wiemy, że nasze ludzkie postrzeganie rzeczywistości odpowiada samej rzeczywistości?
   Większość filozofów przed Kantem po prostu przyjmowało za oczywiste, że tak jest i to przekonanie trwa do dziś. Ten "zdrowy rozsądek" jest tak potężny, że wielu ludzi niecierpliwi się, a nawet oburza, gdy zadaje się im to kantowskie pytanie.    Zachowują się, jak by ta kwestia była jakąś sztuczką sceptyka, w rodzaju proszenia ludzi, by dowiedli, że rzeczywistość naprawdę istnieje. Jednak Kant nie był sceptykiem, ale uważał, że przedstawia sposób na obalenie sceptycyzmu. Wiedział jednak, że po to, by odpowiedzieć sceptykom, trzeba brać ich argumenty na serio.
Sposobem na przezwyciężenie sceptycyzmu jest oddanie sprawiedliwości prawdzie, którą zawiera. Celem Kanta było wzniesienie godnej zaufania budowli wiedzy na fundamencie skrajnego sceptycyzmu.
   Kantowskie pytanie o wiarygodność ludzkiego postrzegania świata od czasów Kartezjusza stanowiło centralny temat filozofii zachodniej.
Skąd wiemy to, o czym twierdzimy, że wiemy?
   Locke przedstawił słynne twierdzenie, że przedmioty wydają się mieć dwa rodzaje własności, które nazwał pierwotnymi i wtórnymi.
Własności pierwotne spoczywają w samych rzeczach, natomiast wtórne w nas. Gdy więc, przykładowo, widzimy jabłko, jego waga i kształt są częściami jabłka. Locke pomysłowo twierdził jednak, że czerwoność jabłka, jego zapach i smak nie znajdują się w jabłku (np. kolor nie istnieje w świecie fizycznym), lecz w osobie, która widzi, czuje i gryzie jabłko. Oznacza to, że wiedzę o zewnętrznej rzeczywistości uzyskujemy z dwóch źródeł: z faktów zewnętrznych i naszego wewnętrznego aparatu postrzegania. Rzeczywistość nie przychodzi do nas bezpośrednio, ale jest "filtrowana" przez okulary, które sami sobie zakładamy.
   Filozof George Berkeley zradykalizował tę metodę dociekań: "Gdy czynimy wszystko, co w naszej mocy, aby pojąć istnienie ciał zewnętrznych, przez cały czas oddajemy się tylko rozważaniu własnych idei" (G. Berkeley, "Traktat o zasadach poznania ludzkiego. Trzy dialogi między Hylasem i Filonousem", PWN, Warszawa, s.51).
   Berkeley twierdził, że nie doświadczamy przedmiotów istniejących poza aparatem postrzegania naszego umysłu i zmysłów. Zarówno pierwotne, jak i wtórne cechy przedmiotów są postrzegane w ten sposób. Nie doświadczamy oceanu, lecz tylko naszego obrazu, dźwięku i dotyku oceanu. Berkeley kończył słynnym stwierdzeniem, że nie ma żadnych gwarancji, wierząc w materialną rzeczywistość istniejącą niezależnie od naszego umysłu!
   Wspaniały Samuel Johnson "obalił" twierdzenie Berkeleya słynnym kopnięciem skały. No jest! Ta skała istnieje!
   Niestety, nie można nazwać tego obaleniem. Berkeley odpowiedziałby Johnsonowi, że całe to doświadczenie, od dostrzeżenia skały do ostrego bólu, który poczuł po jej kopnięciu, odbywało się wyłącznie w jego umyśle.
   Hume dopełnił jeszcze sceptyczną argumentację Berkeleya, stosując ją do samych istot ludzkich. Nie doświadczamy siebie inaczej niż poprzez nasze wrażenia, uczucia i myśli. O ile wiemy, że wrażenia, uczucia i myśli istnieją, o tyle nie mamy podstaw, by zakładać istnienie jakiegoś "ja", które za nami stoi i jakoby przejawia te relacje.
   Kant pisał, że to Hume przebudził go z "dogmatycznego snu". Przyznał też rację Berkeleyowi i Hume'owi, że to po prostu irracjonalne zakładać, iż nasze doświadczenie rzeczywistości odpowiada samej rzeczywistości.
   Są rzeczy w sobie, które Kant nazwał noumenami i o nich nic nie możemy wiedzieć. To, co możemy poznać, to nasze doświadczenie tych rzeczy, które Kant nazwał fenomenami.
   Jeżeli masz w domu psa (lub kota), to wiesz, jak to jest widzieć go, słyszeć, czuć i głaskać. To jest twoje fenomenalne doświadczenie psa. Ale jak to być psem?
My, istoty ludzkie nigdy się nie dowiemy. Pies jako rzecz sama w sobie jest przed nami hermetycznie ukryta.
Od czasów Kanta ze zdumieniem zdajemy sobie sprawę, że ludzka wiedza jest ograniczona nie tylko przez rzeczywistość na zewnątrz nas, ale również przez ograniczony aparat postrzegania, który stosujemy do tej rzeczywistości.
   Pomyślmy, jak działa magnetofon. Jest to urządzenie, które może uchwycić tylko jeden aspekt rzeczywistości: dźwięk. Magnetofony w tym sensie mogą "słyszeć", ale nie mogą widzieć, dotykać, czy wąchać. Zatem wszystkie aspekty rzeczywistości, których nie da się uchwycić dźwiękiem są poza zasięgiem magnetofonu. Tak samo, twierdzi Kant, jest z istotami ludzkimi. Możemy pojmować rzeczywistość tylko poprzez pięć naszych zmysłów. Magnetofon odbiera rzeczywistość w jeden sposób, istoty ludzkie mogą postrzegać rzeczywistość na pięć różnych sposobów poprzez wzrok, słuch, zapach, smak i dotyk. Nie możemy inaczej doświadczać rzeczywistości. Nie możemy np. odbierać rzeczywistości przez echolokację, jak robią to nietoperze. Nasze zmysły nakładają absolutne ograniczenia na to, jaka rzeczywistość jest dla nas dostępna.
   Co więcej, rzeczywistość, jaka postrzegamy, nie jest rzeczywistością samą w sobie. Jest zaledwie naszym doświadczeniem, "ujęciem" rzeczywistości. To stanowisko Kanta było często błędnie rozumiane. Uważano, że Kant proponuje banalne stwierdzenie, iż zmysły dają nam niedoskonałą kopię czy zgrabne przybliżenie rzeczywistości.
    Autorka powieści filozoficznych Ayn Rand zaatakowała kiedyś Kanta za uwagę, że człowiek ma oczy, lecz nie widzi i ma uszy, lecz nie słyszy, w skrócie, że ludzkie zmysły są fundamentalnie zwodnicze (Leonard Peikoff, Objectivism: The Philosophy of Ayn Rand, Random House, New York 1961, s.33).
   Jednak Kantowi nie chodziło o to, że nasze zmysły są zawodne. To prawda, mogą nas oszukiwać, jak wtedy, gdy prostą gałąź widzimy jako zakrzywioną, bo jest częściowo zanurzona w wodzie. Ludzie znaleźli jednak sposoby, by korygować tego typu zniekształcenia powodowane przez zmysły. Kant jest tego świadom, ale nie to go interesuje.
   Kant argumentuje, że nie mamy podstaw, by zakładać, że to, jak postrzegamy rzeczywistość, przypomina właściwą rzeczywistość. Nasze doświadczenie nigdy nie może przeniknąć do rzeczy takich, jakimi one naprawdę są. Rzeczywistość pozostaje przed nami ukryta na zawsze.
By zrozumieć siłę argumentu Kanta wystarczy zadać sobie pytanie, skąd wiemy, że nasze doświadczenie rzeczywistości jest w jakikolwiek sposób "takie jak" sama rzeczywistość?
   Zazwyczaj odpowiadamy na takie pytanie, rozważając dwie kwestie oddzielnie. Mogę stwierdzić, czy portret nauczycielki, który namalowała moja córka wygląda jak jej nauczycielka, przykładając portret do osoby i porównując je. Ustalam podobieństwo, określając stopień, w jakim kopia odpowiada oryginałowi. Kant podkreśla jednak, że nigdy nie jesteśmy wstanie porównać naszego doświadczenia rzeczywistości do rzeczywistości samej w sobie. Wszystko, co mamy, to doświadczenie i tylko nim możemy dysponować. Mamy tylko kopie i nigdy nie będziemy mieć oryginałów. Co więcej, kopie nabywamy za pośrednictwem naszych zmysłów, zaś oryginały istnieją niezależnie od sposobów, jakimi je postrzegamy. Nie ma zatem podstaw, by wnioskować, że są choćby porównywalne, a gdy zakładamy, że nasze doświadczenie odpowiada rzeczywistości, wykonujemy nieuprawniony krok. Zdecydowanie nie możemy wiedzieć, czy nasze kopie są podobne do oryginałów.
      W tym miejscu trzeba podkreślić, że Kant nie umniejszał znaczenia doświadczenia czy świata fenomenów. Jest on według niego ważny, choćby tylko dlatego, że jest wszystkim, do czego mamy dostęp. Stanowi on całość ludzkiego doświadczenia. i w konsekwencji ma dla nas zasadnicze znaczenie. To zupełnie racjonalne, by wierzyć w ten świat fenomenów i używać nauki i rozumu dla odkrywania zasad, według których działa. Kant, uznany naukowiec i matematyk, nie degradował bynajmniej znaczenia nauki. Był jednak przekonany, że naukę powinno się rozumieć jako mającą zastosowanie do świata fenomenów, a nie do "tamtego" świata noumenów.
   Wielu krytyków Kanta twierdziło, że zaprzecza on istnieniu zewnętrznej rzeczywistości. To zdecydowanie nieprawda. Kant nie jest sceptykiem w tym znaczeniu. Inni filozofowie, jak na przykład Fichte, podążali tą drogą, ale Kant nią nie poszedł. Dla Kanta noumeny oczywiście istnieją, bo dają początek fenomenom, których doświadczamy. Innymi słowy, nasze doświadczenie jest doświadczeniem czegoś. Co więcej, Kant utrzymuje, że pewne fakty w ramach naszego świata, jak moralność  czy wolna wola, nie mogą być zrozumiane bez założenia świata noumenalnego.
   Chyba najlepiej zrozumiemy to, uznając, że Kant przyjmuje dwa rodzaje rzeczywistości: tę, której doświadczamy i rzeczywistość samą w sobie. Ważne jest nie to, by ustalić, która jest bardziej prawdziwa, ale by uznać, że ludzki rozum działa tylko w królestwie doświadczanych fenomenów. Możemy wiedzieć, że istnieje też królestwo noumenów, ale poza tym nic o nim nie możemy powiedzieć. Ludzki rozum nigdy nie uchwyci rzeczywistości samej w sobie.
   Argumentacja Kanta jest tak mocna, że jego krytycy odpowiedzieli na nią czymś, co można by nazwać drwinami czystego rozumu.
Gdy kiedyś zażądano od Daniela Dennetta w artykule w "Wall Street Journal", by podważył wywód Kanta, Dennett na swojej stronie internetowej umieścił gniewną odpowiedź, że wielu ludzi już wystarczająco trafnie obaliło argumenty Kanta.
Nie przytoczył jednak tych krytyk, ani nie podał nazwisk (http://www.ase.tufts.edu/cogstud/papers/Dsouza.html).
   W zasadzie Dennett opierał się na "argumentum ignorantiam", bazując na niewiedzy czytelników. Miał nadzieję, że jego wielbiciele przyjmą na wiarę, że taka druzgocąca krytyka istnieje gdzieś w literaturze. Nie ma jej tam jednak!
   Idee Kanta są tak sprzeczne z intuicją, ze prowokują niemal instynktowny opór. Pogląd, że rzeczywistość mogłaby być zupełnie różna od tego, co prezentuje się naszym oczom, wydaje się absurdalny, nierzeczywisty, słowem, niemożliwe jest, żeby ktoś na serio tak twierdził. Zabrzmi to teraz strasznie i niedorzecznie, ale ja jako katol uważam, że opór ten przełamuje ostatecznie śmierć, w której realny stanie się dla nas świat noumenów, natomiast jego miejsce zajmie świat fenomenów.
   Tak więc Kant budzi opór emocjonalny bez względu na to, jak mocne są jego argumenty. Zazwyczaj rozsądni ludzie, jak Dennett, odnoszą się do Kanta z jawną niecierpliwością. Nie są w stanie odpowiedzieć na jego argumenty i dlatego udają, że nie jest to konieczne. Taka postawa może być nazwana "fundamentalizmem" rozumu.
   Rozum jest tak pewny siebie, że odmawia rozważania rozumnej krytyki. Rozum stał się nieracjonalny i opiera się na zwykłej intuicji czy "zdrowym rozsądku".
   Jednak zdrowy rozsądek nie zawsze jest solidnym przewodnikiem ku prawdzie.
Zdrowy rozsądek mówi nam, że Ziemia jest nieruchoma i Słońce krąży wokół niej. Zdrowy rozsądek mówi nam, że naturalnym stanem przedmiotów jest spoczynek i obiekt poruszający się musi się w końcu zatrzymać. Zdrowy rozsądek mówi nam, że przestrzeń i czas są absolutne. Wszystkie te proste podpowiedzi intuicji są fałszywe.
Właściwie wszystkie odkrycia nowożytnej nauki - od Kopernika do Galileusza, od Newtona do Einsteina, od Bohra do Heisenberga są wielokrotnym pogwałceniem zasad zdrowego rozsądku. Z tego powodu w wielu przypadkach geniusze, którzy jako pierwsi przedstawili takie idee, byli odrzucani jako wariaci.
Dziś wiemy, że ci szaleńcy mieli rację. Jest więc faktem, a nie kwestią opinii, że rzeczywistość jest czasem dziwna i zdrowy rozsądek nie daje nam bezbłędnie trafnego obrazu świata. Głosić, że jest inaczej, to obnażać swoją ignorancję. Zdrowy rozsądek to "metafizyka dzikusów", jak powiedział kiedyś filozof Bertrand Russel (cytat za: Bryan Magee, Confessions of a Philosopher, Modern Library, New York 1997, s. 43, 105).
   Kant miał świadomość, że dokonuje rewolucji w ludzkim poznaniu. Tak jak Kopernik wywrócił świat "do góry nogami" i na zawsze zmienił sposób, w jakim postrzegamy zależność miedzy Ziemią i Słońcem, tak Kant uznawał swą filozofię za swego rodzaju rewolucje kopernikańską w myśli.
Oczywiście ludzie nadal będą postrzegać świat w kategoriach realizmu dokładnie tak, jak biegamy za naszymi codziennymi sprawami, nie zaprzątając sobie głowy faktem, że żyjemy na planecie, która mknie przez przestrzeń kosmiczną z prędkością wielu tysięcy kilometrów na godzinę. Ten realizm został jednak zdemaskowany jako złudzenie.
   Złudzenie realizmu polega na tym, że bierzemy nasze doświadczenie rzeczywistości za rzeczywistość właściwą. Realiści tacy jak Dennett uważają się za bezkompromisowych empiryków, ale nie są empirykami na tyle, by zdać sobie sprawę, że wszystko, z czym mają do czynienia, to ich doświadczenia i nic poza tym.
Kant, chociaż transcendentny idealista, zaczyna od doświadczenia i wychodzi od niego przy pomocy kroków, które mogą być uzasadnione przez rozum. W przeciwieństwie do niego empirysta zaczyna od przypuszczenia, którego nie da się uzasadnić, i cała filozofia zbudowana jest na tej wątpliwej przesłance.
Empirysta zakłada, bez żadnych dowodów, że jego doświadczenie w jakiś sposób daje mu magiczny dostęp do rzeczywistości. Tak bardzo utożsamia doświadczenie z rzeczywistością, że nie może uwolnić się od myślenia o nich jako o jednym i tym samym. Zrównując doświadczenie i rzeczywistość, dokonuje on wielkiego, nieuzasadnionego skoku, ale to zerwanie z rozumem nie jest łatwe do rozpoznania ani przez niego, ani przez nas. Nasz ludzki umysł ma bowiem wbudowaną skłonność do iluzji: złudzenia, że rzeczywistość musi być dokładnie taka, jakiej doświadczamy.
Ironia polega na tym, że wielu ludzi, którzy podążają tą irracjonalną ścieżką, uważa, że idzie wyłącznie drogą rozumu. Ich perspektywa może ostać się wobec weryfikacji tylko wtedy, gdy nie bada się jej podstaw.
   Na ich obronę można dodać, że kilku "światłych", którzy Kanta traktują poważnie i próbują odpowiedzieć na jego argumenty twierdzą, że Kant nie może mieć racji, gdy mówi, że nie mamy dostępu do rzeczywistości, bo ty i ja, i w ogóle wszyscy doświadczamy tej samej rzeczywistości.
Gdy jesteśmy w pokoju, widzimy te same lampy, stoły i książki na półkach. To oczywiste, że muszą one istnieć i musimy mieć do nich bezpośredni dostęp, bo inaczej nie postrzegalibyśmy ich tak samo. Jednak Kant odpowiada na to, że w związku z tym, że wszyscy jesteśmy istotami ludzkimi, wszyscy jesteśmy wyposażeni w taki sam aparat zmysłów, który w każdym z nas działa w ten sam sposób. Wszyscy zatem mamy takie samo doświadczenie, ale doświadczenie jest wszystkim, co mamy. To, że mamy podobne, a nawet identyczne doświadczenia nie oznacza, że ktoś z nas ma dostęp do rzeczywistości innej niż doświadczenie.
   Biolog E. O. Wilson w książce "Konsiliencja..." (dz. cyt., s.72, 74), próbuje innej taktyki.
Nauka - mówi - daje nam nowe zmysły, które pozwalają nam wyjść poza dotychczasowe ograniczenia postrzegania. "Dzięki odpowiednim urządzeniom możemy teraz oglądać świat widziany oczami motyla". Dzięki urządzeniom rejestrującym i transformującym drgania oraz dzięki technice nocnej fotografii możemy doświadczać świat na sposób bliski temu, w jaki postrzega go nietoperz. Z kolei "zakodowane wyładowania elektryczne służą rybom elektrycznym do wzajemnej komunikacji. Zoolodzy, jeśli tylko uzbroją się w generatory i czujniki, mogą wziąć udział w tych rozmowach".
   Jeżeli ktoś rozumie już argumentację Kanta, to od razu widzi, że Wilson wcale jej nie podważa.
Owszem, możemy używać nocnej fotografii, ale na obrazy ciągle patrzymy naszymi ludzkimi oczyma. Owszem, możemy użyć generatorów i czujników, ale by je odczytać. usłyszeć i zinterpretować to, co przekazują te urządzenia, ciągle mamy tylko pięć zmysłów. Innymi słowy, nasz ludzki aparat postrzegania warunkuje całą sferę naszych doświadczeń; tak było zawsze i tak będzie nadal, dopóki będziemy żyjącymi istotami ludzkimi. Przyszłe odkrycia naukowe nie mogą zmienić  tych ograniczeń, bo dokonują się one i są doświadczane poprzez ograniczony aparat percepcji, który posiadamy.
Konkluzja Kanta brzmi, że problem rozumu, w swoim najszerszym wymiarze, jest nierozwiązywalny. Rozum ludzki ma trwałe i nieuniknione ograniczenia i głupotą byłoby udawać, że jest inaczej.
   Chociaż stwierdzenie, że nasz rozum zamknięty jest w granicach naszego doświadczenia, a rzeczywistość sama w sobie na stałe oddzielona jest od nas ograniczeniami naszych zmysłów, może wielu ludziom wydawać się dziwaczną ideą, to w istocie znajduje się ono w samym centrum zachodniej filozofii.
   Platon, w prawdopodobnie najsłynniejszej metaforze zachodniej myśli, przyrównał istoty ludzkie do ludzi żyjących w jaskini, odciętych od światła słonecznego, którzy widzą tylko cienie i biorą je za rzeczywistość. Platon uznawał nasze postrzeżenia za zaledwie odbicia głębszej i wyższej rzeczywistości, tak zwanych idei, które umieszczał gdzieś na zewnątrz świata ludzkich doświadczeń. Natomiast nauczyciel Platona, Sokrates, uważał się za najmądrzejszego z Ateńczyków, bo wiedział, jak mało wie.
   Przy całej swojej zapierającej dech w piersiach oryginalności Kant zdecydowanie był w głównym nurcie myśli zachodniej.
   Nikt, kto rozumie istotę nauczania którejkolwiek z wielkich religii świata nie powinien mieć problemów ze zrozumieniem Kanta, bo jego wizja filozoficzna przystaje do doktryn hinduizmu, buddyzmu, islamu, judaizmu i chrześcijaństwa.    Przekonanie, że świat empiryczny, w którym żyjemy, nie jest jedynym światem, jest wspólne wszystkim tym religiom.
  Nasz świat to jedynie świat pozorów, przemijający świat zależny od wyższej, ponadczasowej rzeczywistości. Rzeczywistość ta jest zupełnie innego rodzaju niż wszystko co znamy. Stanowi ona jedyną trwałą rzeczywistość, jaka istnieje, podtrzymuje nasz świat i przedstawia go naszym zmysłom.
   Chrześcijaństwo naucza, że o ile rozum może wskazywać na istnienie tego wyższego świata, o tyle musi się w tym miejscu zatrzymać, nie może sam z siebie badać ani pojąć tej rzeczywistości.
   Jednak nadejdzie dzień, jak głosi obietnica, gdy nasza ziemska podróż zakończy się, a wtedy poznamy ten wyższy świat i zobaczymy rzeczy takimi, jakimi są naprawdę.
   Socjolog Peter Berger w "The Desecularrization of the World: Resurgent Religion and World Politics" (W.B. Erdmans, Grand Rapids 1999, s.13) pisze: "Impuls religijny, poszukiwanie znaczenia, które przekracza ograniczoną przestrzeń doświadczalnego istnienia na tym świecie, jest odwieczną cechą ludzkości".
   Kant nadał temu religijnemu przekonaniu całkowicie nowoczesne i racjonalne podstawy. To bardzo istotne by dostrzec, że idee Kanta, chociaż potwierdzają podstawowe elementy myślenia religijnego, są całkowicie niereligijne.
Kant doszedł do nich wyłącznie w oparciu o rozum. Nie używa on ani religijnego słownictwa, ani nie buduje na jakiejkolwiek wierze. Jednak pokazuje ograniczenia rozumu, jak mówi, "uzyskuje miejsce na wiarę". (Immanuel Kant, dz.cyt. s.42).
   Kant jest naszym Wergiliuszem, zabiera nas tak daleko, jak rozum może dojść. Dalej potrzebujemy naszego przewodnika, ale Kant przeciera drogę, by można było iść dalej. Osiągnięciem Kanta było zerwanie maski intelektualnych roszczeń oświecenia, że rozum i nauka są jedynymi ścieżkami wiodącymi do rzeczywistości i prawdy. Ta iluzja  jest dziś nadal żywa, co czyni myśl Kanta w najwyższym stopniu użyteczną ze względu na wymagania, jakie nam stawia. "Światli" mogą więc nadal dostojnie kroczyć naprzód, ale Kant pokazał, że są intelektualnie nadzy. Okazało się, że ateista jest dogmatyczny i arogancki, a wierzący okazał się umiarkowany i rozsądny.
Gdy ateista arogancko upiera się przy swoim złudzeniu, że jego rozum jest w stanie zrozumieć wszystko, co istnieje, człowiek wierzący pokornie uznaje ograniczenia ludzkiej wiedzy. Wie bowiem, że istnieje rzeczywistość większa i rozciągająca się ponad naszymi zmysłami i ponad tym, co nasz umysł będzie mógł kiedykolwiek pojąć.

   "Mówi głupi w swoim sercu: Nie ma Boga. Oni są zepsuci, ohydne rzeczy popełniają, nie ma takiego, co dobrze czyni. Bóg spogląda z nieba na synów ludzkich, badając, czy jest wśród nich rozumny, który by szukał Boga". 
(cyt. za Biblia Tysiąclecia, Psalm 53 wers 2-3).
- No większego pecha jak Einstein mieć chyba nie można ;-;
A jak powiedział coś, o czym nie wiemy w sensie jeszcze nie odkryliśmy ?
- Nic tylko się uczyć!
-
- 13:07
- Nadszedł czas, by naświetlić pewien poważny problem związany ze zrozumieniem nowoczesnej nauki. Nie tkwi on w samej nauce, ale raczej w błędnym jej postrzeganiu, w przekonaniu, że stanowi ona skończona strukturę służącą do zrozumienia świata i człowieka, zatem wszystkie opinie nienaukowe powinny być automatycznie odrzucone.
Choć taki sposób traktowania wiedzy jest postulowany jako wcielenie racjonalności, ja chcę pokazać, że jest on głęboko nieracjonalny. Przypomina próbę zrozumienia motywów morderstwa tylko przy pomocy praw fizyki i chemii.
Niewątpliwie ich znajomość jest niezbędna dla ustalenia, jakiej broni użyto i od jakiego czasu ofiara nie żyje, musimy jednak rozejrzeć się gdzie indziej, by odkryć inne kluczowe elementy zdarzenia, na przykład dlaczego morderca dopuścił się takiego czynu.
Chce pokazać, dlaczego próba wyjaśnienia wszystkiego naukowo jest nieodpowiednia, a nawet nierozsądna.
Ateiści, którzy podążają tą drogą, w końcu stają się dla nauki kłopotliwi, co w dalszej części chcę udowodnić.
Uczeni lubią się uważać za ludzi racjonalnych. Wyobrażają sobie siebie jako gotowych do podążania ścieżką dowodów bez względu na to, gdzie ich zaprowadzi.
W nauce, jak w żadnej dziedzinie, ludzie nieustannie gratulują sobie swojej racjonalności, ścisłej korelacji wyciąganych wniosków z wynikami badań czy doświadczeniem, dumni są z rutynowego odrzucenia tendencyjności i przesądów w drodze empirycznej weryfikacji hipotez i wzajemnej krytyki.
Niemniej jednak praktyczne zachowanie niektórych uczonych mogą być jednoznacznie nieracjonalne. Czasem nawet wybitni badacze przyjmują wnioski, choć dowody świadczące o ich prawdziwości są nikłe.
Naukowcy ci popadają w irytację, gdy zakwestionuje się słabo ugruntowany wniosek, a niekiedy potrafią oskarżać swoich oponentów o wrogość wobec nauki. Kiedy indziej naukowcy wykazują niechęć do zaakceptowania jakiegoś wniosku, mimo, że przemawiają za nim bardzo liczne dowody. W zasadzie wyrzekają się oni racjonalnego stanowiska i wolą przychylić się do alternatywnego, znacznie słabiej uzasadnionego wniosku.
Kilkanaście lat temu znany uczony i popularyzator nauki John Maddox opublikował artykuł w magazynie "Nature" (Rok 1989, nr 340, s.425) zatytułowany "Precz z Wielkim Wybuchem" (Down with the Big Bang).
Dziwny język jak na naukowca. Wszechświat nie jest wieczny, został kiedyś stworzony i tzw. Wielki Wybuch miał miejsce, ale powstaje wrażenie, że Maddox chciałby, by było inaczej. Zresztą nie on jeden.
Na przykład astronom Arthur Eddington, określił Wielki Wybuch jako "odrażający". Eddington mówi otwarcie o swoim pragnieniu, by znaleźć "prawdziwą lukę", która "da ewolucji nieskończony czas na rozpędzenie się" (Cyt. za: Hugh Ross, The Creator and the Cosmos: How the Latest Scientific Discoveries of the Century Reveal God, NavPress, Colorado Springs 2001, s.77).
Zatem przyczyną sprzeciwu wobec tezy o Wielkim Wybuchu jest chęć zrobienia miejsca teorii ewolucji.
Podobnie myślą inni.
Przykładowo Fizyk Stephen Hawking wyjaśnia dlaczego duża liczba naukowców przychyliła się do teorii stanu stacjonarnego (teoria ta zakłada wieczne trwanie wszechświata bez początku i końca) jako genezy wszechświata: "wielu fizyków próbowało uniknąć wniosku, że świat rozpoczął się od wielkiego wybuchu", a "wielu ludzi nie lubi koncepcji początku czasu prawdopodobnie dlatego, że trąci on boską interwencją" (S. Hawking, KRÓTKA HISTORIA CZASU..., dz. cyt., s.55).
Podobnie sprawę widzi Steven Weinberg. Niektórzy kosmolodzy popierają różne koncepcje, bo pozwalają one "elegancko uniknąć problemu genesis" (S. Weinberg, PIERWSZE TRZY MINUTY..., dz. cyt., s.162).
Na czym właściwie problem ten polega?
Astronom i fizyk Lee Smolin pisze, że jeśli wszechświat narodził się w określonym punkcie czasu, to to "zostawia otwartą furtkę dla powrotu religii".
Taka perspektywa go przeraża, bo "Czy nasze naukowe pojmowanie świata naprawdę musi dochodzić do mitologicznej historii, że (...) nie istniało nic z wyjątkiem pewnej bezcielesnej inteligencji, która zapragnąwszy powołać świat do życia, wybrała warunki początkowe, ustanowiła prawa przyrody a następnie z własnej woli nakazała powstać materii?".  Dalej dodaje: "Wydaje mi się, że takiego obserwatora można nazwać tylko Bogiem i że tę teorię należy skrytykować jako nieprawdopodobną właśnie na tej podstawie"  (L. Smolin, ŻYCIE WSZECHŚWIATA..., dz. cyt., s.214,215,308,309).
Mamy więc naukowców, którzy zdają się nie zachowywać jak uczeni, lecz jak wykształceni, inteligentni głupcy, którzy zapominają, iż zakładany ateizm nauki polega na tym, iż nauka ma obowiązek wyjaśnić świat samym światem. Jednak pamiętać należy, że jest to zasada metodologiczna, to znaczy, należy ją traktować jako założenie metody, a nie jako pewnik ontologiczny.
Dlaczego koniecznie trzeba się sprzeciwiać odkryciom nowoczesnej fizyki tylko po to, by zrobić miejsce dla ewolucji?
Dlaczego na siłę unika się "problemu genesis" i wzdraga przed wszelką teorią, która sugeruje czynnik boski?
Jeśli dowody prowadzą w kierunku stwórcy dlaczego za nimi nie pójść..?
- Wielkie dzięki za wrzucenie tego materiału. To co się dzieje na poziomie fizyki kwantowej naprawdę skłania do głębokiej refleksji. To zadziwiające w jakim świecie żyjemy, gdy nacodzień w ogóle tego nie widać
- Mózg rozjebany ;___:
Nic nie rozumiem, proszę STAPH :___:
- Oczywiście Bóg nie gra w kości np. z cherubinami, bo znając przyszłość, byłby w uprzywilejowanej sytuacji ;). Super filmik

Zobacz też i oceń: